In vitro – front rozpaczy

8
1927
Źródło: newsweek.pl, autor: El Tiempo

(artykuł na temat budzący wyjątkowo dużo kontrowersji, dlatego redakcja podkreśla, że jest to artykuł autorstwa czytelnika i przedstawione w nim poglądy nie muszą pokrywać się z przekonaniami redaktorów wtemacie24.pl, a w tej liczbie poglądami Atora – przypis redakcji)

Dla każdego człowieka urodzonego w Polsce kościół katolicki jest czymś bliskim. Nieważne czy jest wierzący, czy nie. Z wiary i religii – jaka mimo wszystko dominuje w naszym kraju, wywodzi się wiele tradycji, które dla wierzącego czy nie – mają nawet charakter świecki. Można do tego doliczyć historię Polski, której losy nieodłącznie splatają się z Kościołem Katolickim. Wiadomą również rzeczą jest to, że znakomita większość Polaków – nieważne czy wierzących, czy niewierzących – jak również świadomie czy mniej świadomie – żyje według wskazań dekalogu przyjętego nie tyle z wiary katolickiej, ale z tradycji narodu. Nie zabijamy się, nie podkładamy bomb, szanujemy prawa kobiet, traktujemy dzieci jako dobro własne, nie używając ich do niewolniczej pracy lub nie robiąc z nich młodocianych żołnierzy zabójców. Dla każdego Polaka jest to naturalne – a przynajmniej powinno być. Przestaje to oczywiście obowiązywać w miejscach, gdzie zaczyna chodzić o pieniądze. I wbrew pozorom o pieniądzach, a nie o przekonaniach religijnych będzie ten artykuł.

Od lat śledzę i wspieram organizacje promujące in vitro i od lat nie mogę zrozumieć jak ludzie (często bardzo rozsądnie myślący) dali się nabrać na to, co z jednej strony mówi Kościół Katolicki – bo tak mu jest wygodnie – a z drugiej Państwo jako nadrzędna struktura władzy. Postanowiłem usiąść i napisać ten artykuł na przykładzie kilku par, które znam. Będę starał się też wyłożyć to, co sam czuję przez kontakt z tymi ludźmi – tak by było to jasne nawet dla człowieka, który zasady moralne obowiązujące Katolika – albo ma gdzieś, albo ich nie zna, albo znać nie chce.

Zaczynając od początku: wszystkie organizmy począwszy od ONZ, przez WHO, a skończywszy na prostym ginekologu w Ośrodku Zdrowia na wsi uznają gremialnie, że ludzkość zaczęła zmagać się z chorobą, za jaką uznana została bezpłodność.

Do czego się ten problem sprowadza? Do prostej rzeczy – do pomocy w urodzeniu się upragnionego dziecka. I tu mamy jasne stwierdzenie Kościoła Katolickiego – Jesteśmy przeciw, bo mówiąc pokrótce – niepotrzebne dzieci się wylewa do WC. No i do dziś w dobie internetu i tak łatwego dostępu do informacji ludzie dali się nabrać, bo jest to taka sama prawda jak to, że Chińczycy uprawiają ryż po ciemnej stronie księżyca.

Będę operował na przykładach, bo przykłady są najlepsze i nie dość, że nie komplikują sprawy, to sprowadzają ją do czystej żywej techniki popartej cyframi i dowodem, którego nie da się obalić, jeśli ktoś tylko potrafi dodawać i odejmować do dziesięciu.

Mamy dwie pary młodych ludzi – obydwie wzięły ślub w obrządku Kościoła Katolickiego. Są praktykującymi Katolikami i obydwie te pary chcą mieć dzieci. Najpierw starają się rok, by począć dziecko naturalnie – nie wychodzi. I tu jest pierwszy mit, bo z ust księdza na własne uszy usłyszałem opinię, że idą na łatwiznę – bo zamiast cierpliwie czekać i działać to wolą iść do kliniki i „dać sobie zrobić dziecko”. To piramidalna bzdura, na którą ludzie dają się nabrać i to z kilku powodów. Pierwszy powód jest taki, że samo zapłodnienie in vitro – jest po prostu drogie i żadna zdrowo myśląca para ludzi nie wyda ani grosza na tak drogi zabieg – zanim nie spróbuje czegoś prostszego.

Jest wiele wyleczalnych schorzeń, które eliminują zajście w ciążę. W przypadku kobiet jest ich sporo więcej niż w przypadku mężczyzn. Bezpłodność mężczyzn po prostu jest i co tu dużo mówić – nieuleczalna. Można odrobinę poprawić wynik – ale jeśli jakość nasienia jest słaba – to słaba będzie już zawsze. Jeśli mężczyzna nie produkuje plemników typu A lub B – czyli żywych, ruchliwych i zdrowych – a jedynie typ C – to zajście w ciążę przez jego partnerkę jest właściwie niemożliwe. Tego nie da się naprawić. Nie poprawi się wyniku dietą, zmianą trybu życia, dbaniem o siebie, przyjmowaniem leków… po prostu nie. Płodność męska, jeśli pada – to nieodwołalnie i na zawsze.

Naprotechnologia promowana przez Kościół Katolicki – nie ma na to żadnej recepty. W całej tej kuracji – problem męskiej bezpłodności w związku jest kompletnie pomijany. Owszem – definicja jest – ale recepta jest taka, jaka jest – czyli mężczyzna powinien zmienić tryb życia, dietę, przyjmować leki – a jego żona powinna używać metody kalendarzykowej i powinni próbować… do śmierci – bo jeszcze żadnemu mężczyźnie nie udało się w ten sposób poprawić wyników jakości własnego nasienia. Kobiecych schorzeń, które uniemożliwiają jej zajście w ciążę, jest znacznie więcej. Większość z nich jest uleczalna – bo na przykład cysty można usunąć… ale większość schorzeń, które uniemożliwiają zajście w ciążę… paradoksalnie ciąża leczy. Znów przykład. Endometrioza – jak najbardziej uleczalna. Tylko metoda leczenia endometriozy jest taka, że wprowadza się kobietę za pomocą hormonów w stan menopauzy na rok – czyli mamy zazwyczaj młodą kobietę, którą lekarz hormonalnie postarza o 20-30 lat – tak by przez rok nie miesiączkowała… kuracja ta ma takie efekty uboczne, jak słyszymy w telewizji w reklamach środków łagodzących właśnie menopauzę. Kobieta się po prostu w rok starzeje – gubi włosy, siwieje, skóra jej się zniszczy i sto innych objawów a każdy kolejny bardziej nieprzyjemny od poprzedniego.

Więc takie dwie pary stają przed swoim ginekologiem i jeśli ktoś myśli, że ginekolog wyjmuje z biurka katalog i poleca in vitro – jak w biurze podróży wycieczkę do Grecji – to po raz kolejny dał się nabrać na brednie przeciwników zapłodnienia pozaustrojowego.

Każdy ginekolog, z którym rozmawiałem – a było ich wielu – mimo podejrzenia bezpłodności tak u mężczyzny, jak i kobiety będzie próbował ich leczyć i wspomagać kuracjami, które pozwolą począć dziecko w sposób naturalny – i sposobów jest wiele – od metod farmakologicznych, przez inseminację – a dopiero kiedy żadna znana z metod nie poskutkuje – para staje przed wyborem – albo in vitro – albo nic, bo nauka nic już więcej nie wymyśliła. Średnio w Polsce para sama – metodą naturalną – czyli we własnym domu w łóżku stara się około roku począć dziecko i potem kilka kolejnych miesięcy do roku – prowadzona przez ginekologa. Decyzja o in vitro po tylu miesiącach bezustannego starania – zazwyczaj zostaje podjęta w pełnej świadomości – bo pary starając się w inny sposób, dojrzewają do decyzji, że to już ostatnia szansa i nikt nie staje przed tą trudną decyzją, bo jest leniwy i już mu się nie chce.

Wreszcie nadchodzi ten dzień, kiedy trzeba podjąć tę decyzję – a jest to decyzja trudna. Z jednej strony rujnująca budżet domowy – a z drugiej wyrzucająca małżeństwo na skraj kościoła, w którym uczestniczyli od dziecka. Dzień ten jednak nadchodzi i w życie dwojga nieszczęśliwych ludzi zaczyna pchać podłe łapska wiele osób.

Co jest pierwsze po decyzji o przystąpieniu do programu in vitro. Kolejne leczenie. Tak mężczyzna, jak i kobieta muszą być po prostu zdrowi. Wyleczeni z chorób, z jakimi się zmagają. Od głupiej grypy począwszy, przez zapalenia i inne przewlekłości… przechodzą kompleksowe badania.

… i tu pierwszy wątek kryminalny – a będzie ich sporo. Nieważne czy państwo refunduje, czy nie cały ten zabieg – bo w Polsce i tak nie refunduje w całości – jest to olbrzymi wydatek dla dwojga dorabiających się dopiero ludzi. Pierwszy duży wydatek to badania genetyczne. Kiedy in vitro nie było dofinansowane przez państwo, a pary starające się o dziecko za te badania płaciły cztery tysiące złotych. To duży wydatek – ale te badania przechodzi się tylko raz i są ważne, niezależnie od tego ile razy podchodzi się do sztucznego zapłodnienia. Mówiąc krótko – są ważne na całe życie. Przez całe lata kosztowały tyle samo – w momencie, kiedy minister Arłukowicz uruchomił proces refundacji pozaustrojowego zapłodnienia przez państwo polskie – ceny poszybowały w górę niczym Dedal i Ikar – prawie dwukrotnie. Bez widocznego powodu, bo przecież w jeden dzień odczynniki w laboratoriach nie podrożały – ani genetycy nie zastrajkowali o podwyżkę. Państwo daje – państwo można okradać – kosztem również par, które nie korzystały z systemu dofinansowania przez ministerstwo zdrowia – tylko robiły to z jakichś powodów na własny koszt. Ktoś kogoś okradł po raz pierwszy. W tym przypadku – laboratoria, które te badania robią. Mamy złodzieja numer jeden.

Na pewno nasuwa się pytanie – po co w ogóle przed tym zapłodnieniem tak drogie badania genetyczne. Otóż – badania same w sobie wykluczają ponad 90% możliwych chorób genetycznych. Mieliśmy złodzieja numer jeden – teraz mamy kłamcę numer jeden – czyli ogólnie Kościół Katolicki i jego działaczy. Te badania są zlecane przez kliniki, które zajmują się sztucznym zapłodnieniem i to ich taka ochrona osobista – by para, która tak długi czas i tak kosztownie się starając – nie otrzymała, mówiąc ordynarnie „produktu”, który nie spełnia ich oczekiwań. Zwłaszcza że prostym, choć kosztownym badaniem można wcześniej wykluczyć wiele chorób, nie narażając się potem na pozew. Dzieci z bruzdą, dzieci z zespołem Downa… Większość znanych wad genetycznych dzięki tym badaniom jest znana wcześniej i można powiedzieć rodzicom wprost – istnieje możliwość, że państwa, ale poczęte u nas dziecko będzie miało zespół Downa, lub Mukowiscydozę – to jest państwa decyzja. Podsumowując – rodzice wiedzą, że ich dziecko będzie wolne od wszelkich możliwych do zbadania chorób genetycznych… a stwierdzenie, że te dzieci są głupsze, mają jakieś bruzdy, lub w większości są chore, lub upośledzone to kłamstwo snute – o czym będzie później – wiadomo na jakie potrzeby.

Para ma w ręce wyniki badań i wie, co czeka ich dalej. Kolejnym krokiem jest stymulacja kobiety. Przeciwnicy in vitro myślą, że jeśli kobieta naturalnie nie jajeczkuje, bo kryje w sobie jakiś defekt w postaci choroby, której nie można leczyć – to w momencie, kiedy lekarz poda jej hormony, to zacznie nieść jajka, jak kura na eksport w tysiącach sztuk. To totalna bzdura i kłamstwo. Żaden lekarz nie przestymuluje w ten sposób kobiety, bo to po prostu niebezpieczne dla jej zdrowia. Podczas całego procesu stymulacji – kobieta czasem codziennie musi wykonywać badanie USG, na którym ginekolog widzi rozwijające się pęcherzyki i może przez odstawienie hormonów regulować liczbę ich powstawania.

Przypuśćmy, że kobieta ma przy wspomaganiu hormonalnym 10 pęcherzyków. Mój Boże – organizacje pro life już będą darły szaty – bo tyle dzieci trafi do toalety. Bzdura. Na samym wstępie, jeśli ginekologowi z tych dziesięciu uda się pobrać siedem – to już jest sukces – bo mówiąc kolokwialnie – nie wszystkich dosięgnie. Dlaczego w ogóle rozmawiamy o 10 pęcherzykach – stymulacja w ten sposób bardzo kobietę osłabia – a w Polskim prawie można kobiecie implantować tylko dwa zarodki. Resztę się zamraża po to, by za każdym razem nie stymulować kobiety. Skuteczność tego sposobu zapłodnienia to około 50% – więc tych jajeczek nikt nie wylewa z pomyjami, tylko używa się ich dotąd, aż zapłodnienie skończy się sukcesem. Ktoś zapyta – ale co jeśli uda się już za pierwszym razem? Odpowiem – pęcherzyki pozostają zamrożone – opłata nie jest zbyt duża, płaci się ją rocznie i jest to około 400 złotych. W każdej chwili można postarać się o drugie dziecko poczęte w ten sam sposób już bez „morderczej” stymulacji. I najważniejsze – są kobiety, które przechodzą taką stymulację i nadal nie mogą wykształcić pęcherzyka – mimo olbrzymich dawek hormonu. Wtedy jedna para może podarować drugiej tak wspaniały i piękny dar. Nie spotkałem się jeszcze, by Kościół Katolicki miał jakieś opory w stosunku do dawców nasienia, którzy je oddają do banków spermy, biorą za to pieniądze i tak naprawdę nie widzą potem, jak i gdzie ich potomkowie genetyczni są rozsiani po świecie. Nie spotkałem jeszcze pary – a bardzo długo śledzę ten temat, która by oddała jakikolwiek wolny pęcherzyk „walkowerem”. Teraz jak przy każdym etapie – wrócimy do pieniędzy. Hormony – zawsze były drogie – zależnie od producenta kosztowały od 200 złotych do 500 złotych za dawkę – biorąc pod uwagę, że trzeba je podawać przez kilka dni – to jest spory wydatek. Póki państwo nie refundowało zabiegu – ceny były właśnie takie.

Zaprzyjaźniona para, będąc na tym etapie u ginekologa, otworzyła oczy ze zdumienia, kiedy lekarz powiedział, że musi sprawdzić, który w tym miesiącu hormon jest refundowany, bo ministerstwo musiało pogodzić koncerny farmaceutyczne – ten refundowany kosztował dwa tysiące złotych – a nie refundowany tyle, co zwykle. Po miesiącu następuje zmiana leku – czyli para, która finansuje in vitro z własnych pieniędzy – nie odczuje zmiany – bo ginekolog przepisze hormon, którego cena jest taka sama od dawna. Para, której państwo dopłaca – ma za darmo – ale cena, po jakiej producent sprzedaje państwu ten lek, jest cztery razy wyższa. Dodać warto, że w programie refundacji na tym etapie kobieta już nie płaci za ginekologa, bo pokrywa to państwo. Można tylko szacować, że wizyty refundowane są o wiele wyżej wyceniane przez kliniki niż te, które pary płacą z własnych pieniędzy. Ten sam złodziej – tylko już po raz drugi.

Kolejnym etapem jest mężczyzna – jeśli to on jest bezpłodny i jego nasienie jest słabe, również pobiera się materiał genetyczny wprost z jąder – zabieg bolesny pod pełnym znieczuleniem… i trzeba za niego zapłacić 2500 zł.

Kolejnym etapem jest ten magiczny moment zapłodnienia. Kiedyś w wywiadzie w TV wysłuchałem słów Grzegorza Brauna – w owej chwili kandydata na prezydenta Polski – który stwierdził, że ten proces nadzorują ludzie z dyplomem zootechnika. Pisząc ten tekst – otworzyłem sobie kilka stron internetowych z największymi klinikami oferującymi zapłodnienie pozaustrojowe. Każda z tych stron ma zakładkę typu „nasza kadra”. CV embriologów tam zawarte po prostu imponują – do dziś, choć minęło już tyle czasu, dziwię się, że te kliniki nie zebrały się i broniąc swojego dobrego imienia, nie pozwały go do sądu. Znam osobiście wielu embriologów, z wieloma jestem w kontakcie od lat. Jedna kobieta-embriolog kiedyś powiedziała mi słowa, które tu zacytuje – … „i teraz następuje dotyk Boga – ze zwykłego procesu biochemicznego powstaje coś wspaniałego – życie i ja jestem tutaj – tak blisko” Embriolodzy, których znam – wiary w Boga i dobro mogliby nauczyć całą armię księży, stado biskupów i obydwu żyjących papieży naraz.

Co mamy dalej? Jeśli nasienie mężczyzny jest bardzo słabe – embriolog nacina pęcherzyk i pomaga plemnikowi dostać się do środka. Dla przeciwników in vitro nadal są to zarodki – a dla pary, która ma nadzieję, że jej marzenie się spełni, to już jest Wiktor, Asia i Tomek. I ten moment, kiedy zarodek zaczyna się dzielić – a oni dostają telefon do embriologa, który nadzoruje ten proces i mogą do niego zadzwonić i zapytać – jak mają się moje dzieci? Radość, którą czują, kiedy słyszą, że następuje ten podział, że komórka się dzieli i rośnie, może być równa tylko dramatowi, kiedy embriolog powie, że nie ruszyła – chodzą wtedy po domu daleko od siebie, nie patrząc sobie w oczy.  Dla niech to nie zarodek nie zaczął się rozwijać – tylko zmarła Asia, po dwóch dniach Wiktor – potem Tomek. To jest olbrzymi ludzki dramat – ludzi, którzy płaczą tak samo, gdyby ten proces odbywał się w ciele kobiety. Z tym brzemieniem i z tym pasmem porażek Ci ludzie podchodzą do tego dramatu raz jeszcze i jeszcze.

Czemu tak się dzieje, co pcha początek tego procesu lub gubi go już na początku – nauka długo jeszcze nie będzie w stanie wytłumaczyć – o ile w ogóle będzie mogła. A to dopiero początek drogi. Kiedy następuje sukces, zarodek rośnie i jest wielka radość – czeka go kolejna droga – ze szkiełka laboratoryjnego do łona matki i kolejne dni oczekiwania zatruwane tylko bolesnymi zastrzykami wspomagającymi, które najczęściej mąż daje żonie i musi ją ranić dwa razy dziennie z dokładnością do kilku minut. Nie ma nic piękniejszego niż moment, kiedy na USG widać, że dziecko żyje i się rozwija. I nie ma nic gorszego, gdy trzeba rozmrozić kolejne pęcherzyki i przeżywać to jeszcze raz.

Na tym etapie też do głosu dochodzą prolife-owi zwolennicy. Rodzice bawią się w eugenikę – wybierają sobie dziecko, kolor oczu, włosów – to piramidalna bzdura. Tego na dzisiejszy stan wiedzy robić się nie da – efektem końcowym ma być zdrowe dziecko – a embriolog jedyne co może – to wybrać najbardziej dojrzałą komórkę, najżywotniejszy plemnik – i korzystając ze swojej wiedzy i doświadczenia przenieść całość na szkiełko i tylko w ten sposób pomóc zadziałać Bogu i naturze.

Wiedzę o tym, jak będzie wyglądało potencjalne dziecko – może mieć każda para i nie musi o to pytać embriologa – to genetyk może powiedzieć i to tylko z własnego doświadczenia – w jaki sposób geny mogą się zapleść.

Ze względu na niedoskonałość metody potrzeba wiele prób. Jeszcze nigdy nie spotkałem się, z tym że jakiś zarodek został wylany do WC. W tym całym przedsięwzięciu – walczy się o każdą komórkę jak lew. Jeśli zabieg jest zakończony sukcesem – a zostaje choć jeden zarodek – to i tak jest traktowany, jak skarb. Można go zamrozić i tak robi 99% par – a gdy wiedzą, że nie zdecydują się na kolejne dziecko – oddają go jako dar innej parze, która nawet mimo starań lekarzy nie może dochować się własnego zarodka.

… a bo dzieci w domach dziecka jest tysiące…. można sobie wziąć. … a bo na matki samotne, które wychowują niepełnosprawne dzieci, rząd nie ma pieniędzy- a na invitro ma. Słyszę to codziennie.

Zajrzyjmy do koszyka świadczeń gwarantowanych NFZ:

Wszelkie zabiegi bariatryczne – czyli operacyjne leczenie otyłości – refundowane – no tak – otyłość jest i przyczyną i skutkiem wielu chorób – ale upraszczając sprawę tak jak robią to notorycznie zagorzali przeciwnicy in vitro – to fundujemy pomniejszenie żołądka otyłym, którzy nie mają na tyle sił i nie mogą się poświęcić w zaciszu domowym, by przestać co chwilę zaglądać do lodówki i jeść jak opętani – a obżarstwo jest jednym z grzechów głównych. Nie słyszałem jeszcze, by biskup grzmiał z ambony i groził piekłem ludziom, którzy poddają się operacji pomniejszenia żołądka… zresztą wizualna większość biskupów sama kwalifikuje się do takiego zabiegu. Z pewnością zaboli to wszystkie osoby borykające się z otyłością – prawda? Ja rozumiem i tych, którzy nie mogą mieć dzieci i tych, którzy nie mogą przestać jeść. Proszę tylko o równe traktowanie.

Pójdźmy dalej – ponoć marihuana to fajna rzecz bardzo promowana – tylko jak się otworzy przeglądarkę internetową i skorzysta z Google to najczęściej na pierwszych stronach gdziekolwiek bym nie kliknął wpisując słowo „Marihuana” – mam: „Czy leczenie uzależnień jest płatne”, „Ile kosztuje odwyk…” „ratunku jestem uzależniony/a” setki, miliony dramatycznych wpisów i pytań – mniej więcej tyle ile jest dostępnych specyfików uzależniających w rozmaitych konfiguracjach na rynku – razy tysiąc na każdy rodzaj. Bardzo podobna sytuacja jest z alkoholem – gdzie w przypadku uzależnień nawet nie trzeba być ubezpieczonym w ZUS – państwo polskie leczy każdego i każdy może sprawdzić sam, jeśli nie wierzy – wystarczy uruchomić Google. No i? Jest – refundowane – NFZ płaci – około 150 złotych za dobę pobytu w placówce odwykowej i detoksykację. Świetnie – bardzo inwazyjna operacja zmniejszenia żołądka, leczenie narkomanów i alkoholików jest dwa razy droższe niż refundowanie procedury in vitro.

Ojcze nasz któryś, jest w niebie […] i żebyśmy byli bezpłodni i nie mieli dzieci – czy ktoś widział lub słyszał, żeby którakolwiek para się tak modliła? Na pewno nie. I nie mają na to żadnego wpływu. Po prostu „przydarzyło się nieszczęście”. Sięgnięcie po narkotyk, wódkę lub kolejną bułkę z kiełbasą – to już jest własna i świadoma decyzja – a wręcz proszenie się o kłopoty, jeśli ma się skłonności.

PiS chciał karać rodziców przystępujących do zabiegu in vitro trzema latami więzienia. Faktycznie – niech lepiej się naćpają albo zajedzą prawie na śmierć – sumienie będzie czyste. A pieniądze na zmniejszenie żołądka w budżecie państwa się znajdzie, bo tego nie czepia się ksiądz ani biskup, który nie ma pojęcia, o czym mówi.

Samotne matki, matki z dziećmi niepełnosprawnymi, które muszą się tymi dziećmi opiekować. Rozumiem. Tylko w czasach kiedy in vitro było nierefundowane ludzie też do niego podchodzili. Składali pieniążki, wyjeżdżali za granicę, żeby na zabieg zarobić. Znam ludzi, którzy mają dwuletnie dziecko i jeszcze dziś spłacają kredyt w banku za to, że mogą je mieć.

Przerzucanie odpowiedzialności, że na matki nie ma pieniędzy – bo „poszły na in vitro” to jakaś paranoja. Kobiety nie są wiatropylne – nikt nikogo nie zmusza do płodzenia sobie dzieci – a czasem jeszcze kilku – sztuka po sztuce jak maszynka – w momencie, gdy się mieszka w wynajętej suterenie i pracuje dorywczo. Z jednej strony mamy tych, co nie mogą wcale i tych, którzy mnożą się jak opętani, nie mając szans na wychowanie… zawsze można tymi dziećmi pohandlować, rzucić o ścianę, utopić w jeziorze, zgwałcić – i zawsze w każdym wypadku, jaki obserwowałem w TV – na końcu występuje podstarzała, wymalowana z kilogramem pudru na twarzy – lokalna Kierowniczka MOPS-u rozkłada ręce uzbrojone w złote pierścienie, wytrzeszcza oczy i mówi… pracownicy opieki społecznej… interesowali się… sprawdzali, … nachodzili, …pytali, … nie odnotowali, a dziecko siedzi zaniedbane chore albo bite. Mamy więc kolejnego złodzieja w postaci urzędników, którym jest wszystko obojętne, dopóki nic się nie dzieje, a pensja co miesiąc wpływa na konto.

Albo wszyscy jesteśmy za siebie odpowiedzialni, albo każdy dba o siebie – i albo partycypujemy w kłopotach po równo bez podziału na tych, którzy za dużo pili, palili, jedli lub płodzili dzieci bez opamiętania… i jeszcze dodatkowo źle sobie dobrali partnera życiowego – bo po jakimś czasie wziął nogi za pas… i tych, którzy nie mogą mieć dzieci, też w takim razie trzeba otoczyć opieką, bo są równie nieszczęśliwi, jak ci poprzedni.

Samotne matki niech radzą sobie same, otyli niech konają, nie mogąc ruszyć się z łóżka, narkomani czekają na swój złoty strzał. Bezpłodnym parom w samotnym życiu bez dzieci będzie i tak najlżej – bo dziś faktycznie mimo dofinansowania programu do niedawna przez państwo a teraz niektóre samorządy – to tylko dofinansowanie – to i tak muszą być majętne choćby na średnim poziomie pary – a co za tym idzie to z ich odprowadzanych składek, podatków utrzymywane są placówki, gdzie przywraca się do życia alkoholików, narkomanów, samotne matki, które porodziły dzieci i zajmują się nimi trzy instytucje i kolejne kilka osób z ramienia państwa, bo każde dziecko ma kuratora, opiekunkę z MOPS-u, psychologa, pedagoga etc… proszę bardzo – ulżyjcie tym ludziom w podatkach i ZUS-ach – bo oni mniej biorą – a więcej się składają na ludzi – którzy swój życiowy kłopot mają na własne życzenie – uczciwe? Nie wiem – nie osądzam, ale to na pewno prawdziwe i sprawiedliwe porównanie z tym, o czym mówią przeciwnicy in vitro.

Mamy MOPS, GOPS, Fundusz Alimentacyjny, tysiące organizacji pożytku publicznego, Kościół Katolicki – to znacznie więcej instytucji – wymienionych przeze mnie ot tak tylko z głowy – gdzie może zgłosić się po pomoc samotna matka z dziećmi, a jeśli nie działają – bo nie działają dobrze i efektywnie i to wszyscy wiedzą – to nie jest to raczej problem pary borykającej się z problemem bezpłodności. Im państwo nie funduje żadnego wsparcia psychicznego, a raczej od wszystkich dostają szczerego kopniaka.

Jeśli chodzi o etykę i etyczne postępowanie – nie lubię takich argumentów, ale chcę ich (trochę złośliwie) użyć. O ile jest jakaś medialna sprawa – zaraz widzę prokatolickich działaczy i kompletnie nie wiem, o co chodzi. To zaczyna być wynaturzenie, a nie religia i chrześcijaństwo. Jeszcze nigdy nie widziałem w telewizji publicysty Terlikowskiego, kiedy byłby za czymś – formalnie – ten człowiek wypełza ze swojej skorupy na świat w momencie, gdy trzeba coś zastopować, coś skrytykować i być czemuś przeciw. Nieważne czy sprawa dotyczy jego – czy nie, nieważne czy ma w tym interes – czy nie. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ten człowiek wyszedł w formie ustnej czy pisemnej z jakąś konstruktywną ideą. Ważne, żeby nagle być „gdzieś” i według strategii – skoro nie mam nic konstruktywnego w zamian, to będę przeciw i niech cały świat się na mnie rzuci, a ja będę się bronił. Mam w ręku oręż w postaci religii katolickiej… a gdzie tam religii – mam z tej religii to, co sobie właśnie chcę w tym momencie użyć na własną potrzebę. Kiedy papież Franciszek coś powiedział i to mu się nie podobało – to głupek – i wtedy sięgnął po naukę Jana Pawła II, jak Jan Paweł II o czymś zapomniał powiedzieć lub napisać – to powrót do mądrego nowatora kościoła – Franciszka. Wybiórczo i do woli – hulaj dusza, piekła nie ma. Terlikowski pro life!

Takich etyków po stronie przeciwników in vitro jest więcej – profesor Chazan – który nie usunął ciąży, powołując się na klauzulę sumienia. Na większości gabinetów lekarskich jest kartka naklejona na drzwi: lekarz, pielęgniarka, położna w czasie pracy jest funkcjonariuszem publicznym. Przysługują jej/jemu takie a takie prawa i taka a taka ochrona. Jasna sprawa i bardzo dobrze. Tylko że bycie funkcjonariuszem – to nie tylko prawa – ale i obowiązki – a więc na przykład zgodna z prawem dziś jeszcze aborcja. Jeżeli szanowny pan dr Chazan podpisał z własnej woli umowę o pracę, to wiedział, że kiedyś będzie musiał zadrzeć ze swoją klauzulą sumienia. Mógł nie podpisywać, założyć prywatny gabinet i przyjmować pacjentki, które leczą się zgodnie z jego sumieniem i może sobie je przyjmować lub odsyłać, kiedy chce, jak chce.

Kolejnym autorytetem w sprawie zapłodnienia pozaustrojowego jest prof. Piecha – były minister zdrowia z PiS – zresztą ginekolog, który sam przyznał, że usunął ponad tysiąc ciąż, jednak potem się nawrócił i nagle stał się dotknięty mądrością Boga. Obecnie jest przeciw aborcji, in vitro, tabletce dzień po i w ogóle przeciwko wszystkiemu, co wynaleziono po 1830 roku albo wręcz 1410 – taki Terlikowski II tylko starszy i przystojniejszy. Nie wierzę mu i jego nawróceniu! 1000 ciąż usuniętych, licząc tylko po tysiąc złotych od zabiegu, to jest okrągły milion złotych. Z pięknym domem, nowym samochodem, porządnym zabezpieczeniem finansowym też bym nagle zaczął cenić chrześcijańskie zasady moralne ponad prozę dnia codziennego i problemy biednych szaraków. Zza szyby nowego samochodu bardzo dobrze poucza się ludzi stojących na przystanku MPK, którzy w spiekocie lub deszczu czekają na autobus. Niech autorytet odda dom na hospicjum, auto na licytację dobroczynną. Klęknie, przeprosi. Może wtedy ktoś uwierzy w nowe zasady, które przyjął i narzuca innym, a przez ¾ życia zawodowego totalnie je ignorował – a kieszenie w lekarskim kitlu pękały w szwach.

Skoro para nie może mieć dzieci – to po dwóch latach na życzenie małżonków biskup powinien udzielić rozwodu – czyli kościelnego unieważnienie małżeństwa, jeśli para sobie życzy lub pomocy w adopcji. Bo zostawienie spraw samym sobie – nie działa. Kościół Katolicki wypracował przepis na udane małżeństwo, ale nie ma ochoty na pracę nad pomysłem, kiedy w małżeństwie się nie układa. Zakazy – to najprostsze i zarazem najgłupsze rozwiązania. Odnoszę wrażenie, że Kościół Katolicki i działacze chrześcijańscy niczym innym się nie interesują tylko sprawami seksualności człowieka. Dokładnie tak samo, jak organizacje gejowskie, feministyczne, gender, tęcza… co to ma oznaczać w ogóle? Czy ci ludzie się tylko interesują tym, żeby albo z jednej strony pokazywać się nago na ulicy, albo żeby nawet na nią nie wychodzić.

Kompilacja zboczeńców wylęgła się na początku XXI wieku, która nie pozwoli człowiekowi decydować o tym, co robi, o tym, czym chce być – samemu w zaciszu domowym – tylko odbija się od skrajności w skrajność. Banda dewiantów zaglądających na przemian albo kobietom pod spódnicę, albo w duszę. Te wszystkie organizacje przestają się właściwie różnić od siebie – a łączy ich tylko jedno – zabierać kęs po kęsie ludzkiej wolności i prawa decydowania o sobie. To wszystko jest pisane tym samym piórem. A rodzice borykający się z własną bezpłodnością stali się łatwym łupem przed wyborami prezydenckimi dla Pawła Kukiza, dla Janusza Korwina Mikke, czy cytowanego tu już Grzegorza Brauna… wyklęli ich na korzyść samotnych matek.

I ci ludzie zostali sami i nie mają się do kogo zwrócić – pozostaje wstyd z tego, że nie jest się w 100% mężczyzną, kobietą, czyli człowiekiem, obrzucani błotem przez wszystkich – od katolików począwszy… piękna sprawa.

Ludzie uciekają z tego kraju lawinowo w milionach, a tutaj raptem 7,5 tysiąca par wzięło udział w programie rządowym in vitro. Piętnaście tysięcy ludzi i to najczęściej młodych, w wieku produkcyjnym, zdecydowali się zostać w tym kraju, bo raz na sto lat polskie państwo postanowiło coś tym ludziom dać i jakoś ich zatrzymać. Nawet dając się oszukiwać koncernom farmaceutycznym, bo przed refundacją zabieg stawał się coraz tańszy i bardziej dostępny, a jest droższy dla podatnika i pośrednio dla tych, którzy z programu nie korzystają, odkąd państwo wepchało w to swoje ręce. Gwarantuję, że gdyby wszyscy od tego zabrali swoje podłe łapy, zaczynając od biskupów, Terlikowskich i państwa jako instytucji – począwszy od kwestii moralnych, a na finansowych skończywszy, to in vitro do dnia dzisiejszego, stałoby się równie dostępne dla takiej samej rzeszy ludzi, jaka skorzystała z rządowego programu – a etycznie? Jeszcze nie spotkałem się z informacją, żeby jakakolwiek para po udanym zabiegu i zakończeniu procedury na wieść „macie państwo ciążę, co robimy zresztą zarodków?” odpowiedziała: Dajcie nam je. Wylejemy po drodze do domu.

Żeby artykuł był kompletny, muszę wrócić do sprawy adopcji. Jako zainteresowany naukowo – medyczną stroną procesu in vitro – byłem również świadkiem, kiedy para mająca jedno dziecko była skłonna adoptować drugie i rezygnowała po zorientowaniu się w procedurach adopcyjnych w Polsce. Pomijając wiele skomplikowanych procedur – czego najbardziej się przestraszyli? Tego, że jak coś im na wywiadach z psychologami pójdzie nie tak, to im odbiorą ich własne dziecko, które kilka lat wcześniej wspólnie sobie urodzili. Koszt adopcji w Polsce jest większy niż in vitro(choć ponoć to wszystko darmo) i prędzej własne dziecko przyjdzie na świat, niż dokona się adopcji. Kiedy rozmawiałem z takimi rodzicami, postanowiłem sam sprawdzić. Zadzwoniłem do jednego z krakowskich klasztorów z pytaniem, jak można adoptować dziecko – kobieta (bo nie wiem czy była to zakonnica) po krótkiej rozmowie i wstępnym wywiadzie, kiedy zorientowała się, że faktycznie mogę być „zainteresowany na poważnie”, bez owijania w bawełnę powiedziała mi, że te wszystkie terminy mogą być przyspieszone i łącznie z obsługą prawną, ale będzie to kosztowało sporo pieniędzy. Sytuacja więc wygląda, jak wygląda. Po raz kolejny znaleziono ofiary, które ze względu na swój problem i wstyd z niego wynikający, nie mogą się bronić, są więc łatwym celem dla wszystkich, którzy mogą coś publicznie wygłosić, ale nie mają w tejże chwili nic do powiedzenia.

Źródło: własne autora

========================================================

Niniejszy artykuł stanowi twórczość czytelnika. Redakcja w imię pluralizmu i obiektywizmu publikuje treści czytelników niezależnie od tego, czy się z nimi zgadza, czy nie, a ocenę pozostawia czytającym.

========================================================

8 KOMENTARZE

  1. Hejt na Kościół Katolicki jest zawsze modny i zawsze do bólu „merytoryczny”.
    W artykule piszesz, że Kościołowi jest wygodnie być przeciw in-vitro, niestety nijak tej tezy nie udowadniasz. Co jest w tym wygodnego? Spłycanie argumentów Kościoła do „wylewania dzieci do WC” jest nie tyle żenujące, co po prostu obraża inteligencję przeciętnego czytelnika. Dość dobrze opisane jest stanowisko KK w dokumencie KNW: Dignitas Personae. Zamrożenie zarodka na nieprzewidywalne okres czasu jest oczywiście naruszeniem postulatów z tego dokumentu. Sam dobór zarodków i danie im „szansy” na rozwój osoby ludzkiej już jest wątpliwy w kontekście przypisania wyłącznie Bogu prerogatywy decydowania o bycie i niebycie. Można z takim stanowiskiem się nie zgadzać, w końcu nie wszyscy ludzie są katolikami, jednak nazywanie go wygodnictwem czy kłamstwem jest stylem niskich lotów.

    Stanowisko Kościoła co do banków spermy jest jasne, być może autor artykułu się z nim nie spotkał, ale przy odrobinie dobrej woli, można na nie trafić. Żeby uniknąć niedomówień, korzystanie z takich banków (lub zapewnianie im „materiału genetycznego”) jest grzechem ciężkim (nie jest to chyba wielkie zaskoczenie, biorąc pod uwagę, iż aby taki bank zafunkcjonował należy popełnić konkretne grzechy jak np. masturbacja).

    Zwracam także uwagę, iż małżeństwa nie można unieważnić, można jedynie stwierdzić nieważność, ale to co innego. W dodatku domniemywać należy jego ważność. Ten szczegół jest jednak niczym przy kłamstwie z artykułu imputującym, iż małżeństwo cierpiące na bezpłodność jest nieważne. To jest nieprawda, odsyłam do kan. 1084 § 3 Kodeksu Prawa Kanonicznego: „Niepłodność ani nie wzbrania zawarcia małżeństwa, ani nie powoduje jego nieważności, z zachowaniem przepisu kan. 1098.” (dla jasności kan. 1098 mówi tylko o zatajeniu niepłodności przed małżonkiem).

    Wszystko co powyżej wskazałem bierze się jedynie z nieprawd lub półprawd dotyczących nauki KK względem in-vitro, a przecież jeszcze nie odniosłem się do meritum, tj. samej metody. Jeśli jednym z argumentów pro są problemy systemowe adopcji dzieci, to może należałoby po prostu udoskonalić ten system? Ze źródła (http://www.turnersyndrom.org.pl/index.php/warte-przeczytania/11-przeczytalimy-dla-was/31-adopcja-pytania-i-odpowiedzi) wynika, iż adopcja jest bezpłatna, a czas oczekiwania wynosi średnio do 9 miesięcy. Czy autor artykułu może udowodnić, iż koszty adopcji (te społeczne czy jednostkowe?) są wyższe niż całkowite koszty in-vitro? Przy czym, należy zaznaczyć, iż zabieg in-vitro nie zawsze kończy się powodzeniem (właściwie kończy się w mniej niż połowie przypadków…), natomiast adopcja dokonana jest dużo trudniejsza do „anulowania”.

    Podsumowując: polecam omijać nieścisłości na tak kontrowersyjny temat oraz najpierw poznać naukę KK zanim zacznie się ją przytaczać i krytykować.

    Wbrew pozorom, pozdrawiam i gratuluję płynności tekstu.

  2. Niewątpliwie temat niepłodności, jej leczenia, a także in vitro jest bardzo ważny. Artykuł bardzo rzeczowy i interesujący, jednak po przeczytaniu nasuwa się kilka pytań.
    Po 1. Co dzieje się z zarodkami, których para już nie wykorzysta, a które nie zostaną też wykorzystane przez inne pary, bo np. nie będzie chętnych albo zarodki będą genetycznie obciążone chorobami (bo np. dana para zdecydowała, że mimo ryzyka chce mieć dziecko zdrowe lub chore) lub pary nie stać bądź nie chce przeznaczać pieniędzy na utrzymanie zamrożonych zarodków?
    Po 2. Jak jakakolwiek para na świecie „może podarować drugiej wspaniały dar” w postaci dziecka?! To brzmi jakby dziecko było prezentem, odczytuję to jako: „Proszę oto nasze dziecko, mające nasze geny, wygląd, być może charakter, nasze osobowości, będące obciążone naszymi chorobami przenoszonymi genetycznie, które zawdzięcza nam grupę krwi… – proszę weźcie je sobie, my już go nie potrzebujemy”.
    Po 3. Rozumiem, że jeżeli zarodek się nie przyjmuje to umiera Asia, Wojtek, Tomek. A co z resztą zarodków, czy one też mają imiona w takim razie czy tylko te, które są aktualnie aplikowane mają to szczęście bycia „już” dziećmi?
    Po 4. Coraz mocniej, dzięki też metodzie in vitro, ale nie tylko, utwierdzam się w przekonaniu, że dziecko to taka „zachcianka”, „marzenie”, „produkt”, „bo ja chcę”, „bo ja muszę mieć dziecko”, bo ja… ja… ja…, za dużo tego „ja” w tym wszystkim. Trochę to wygląda jak zakup samochodu niestety… Według mnie dzieci powinny zostać poczęte tylko z miłości do partnera i powinny być owocem związku, a nie kwestią zachcianki, kierowaną egoistyczną chęcią posiadania.
    Po 5. Nawiązując do sprawy prof. Chazana to rozumiem jego postawę i to, że być może został lekarzem po to, aby ratować ludzkie życie, a nie zabijać. Po drugie cała sprawa miała miejsce w szpitalu im. Świętej Rodziny… I to wszystko według mnie w tym temacie.
    Po 6. Czy autor artykułu uważa, że jeśli para nie może mieć dzieci to jest to wystarczający powód do rozwodu? Czy to nie podczas przysięgi małżeńskiej para PRZYRZEKA sobie wzajemnie, że będą ze sobą na dobre i na złe? Czy nagle po otrzymaniu diagnozy i wielu próbach zajścia w ciążę miłość pryska? „Ok fajnie było, ale do teraz, to pa, powodzenia w życiu, a ja idę sobie robić dzieci z kimś innym”. Straszne spłycenie małżeństwa, które nie jest stworzone tylko do robienia dzieci…

    Pozdrawiam

  3. CO myślę po artykule:
    1. Stawianie in-vitro na równi z metodami leczenia bezpłodności i krzyczenie, że jest niedofinansowane, a powinno jest swego rodzaju nadużyciem. Z tego co mi wiadomo ten zabieg, nie leczy bezpłodności( człowiek bezpłodny, po dalej jest bezpłodny) więc czemu miało by państwo dofinansowywać ludzką fanaberię… Jeśli miało by tak być to ja CHCĘ dofinansowanie do lotu w kosmos…
    2. Picie do chorób społecznych i stawianie ich w rzędzie z in-vitro i emocjonalne stawanie tezy, albo opiekujemy się wszystkimi, albo niech każdy radzi sam jest kolejnym nadużyciem. Cóż z alkoholizmu, narkomani, czy otyłości wychodzi wiele osób. PO in-vitro bezpłodni dalej są bezpłodni… Więc lepiej moim zdaniem jest finansować inicjatywy zapobiegania i leczenia alkoholizmu, narkomani, czy otyłości, niż fanaberię ludzką…

  4. Bardzo fajny artykuł. Jasno widać z jakiego stanowiska piszesz, artykuł jest subiektywny, ale nic w tym złego, przecież nie mianujesz się bezstronnym ekspertem.

    Odnośnie niektórych komentarzy:
    – Autor pisał, że niektóre przypadki bezpłodności może wyleczyć ciąża – więc są przypadki kiedy in-vitro działa leczniczo.
    – Bezpołodność, a choroby społeczne – mimo, że jestem wielkim przeciwnikiem socjalu, skoro już zabrali mi w podatkach pieniądze, to wolę, żeby je wydali na pomoc w urodzeniu dziecka ludziom, którzy tego chcą i których na to stać, niż inwestowali w patologię, która nie stara się wyjść z patologii.
    – Sam fakt dofinansowywania – w moim odczuciu autor nie lobbuje za dofinansowaniem tego zabiegu, pokazuje jakie rodzi to przekręty, chociaż jest to najmniej wyraziste na tle całego artykułu. Jako meritum odebrałem natomiast przesłanie – przestańcie piętnować tych ludzi.

    Teraz kilka moich przemyśleń. W tym nieidealnym świecie/kraju/ustroju/systemie, co kto woli, jestem za dofinansowaniem in-vitro. Skoro zabrali mi pieniądze, to jest to jeden z lepszych sposobów ich wydania. Totalnie pragmatycznie, jest to inwestycja mająca na celu dołączenie do systemu kolejnego płatnika składek, który spłaci to co jego rodzice dostali do in-vitro i jeszcze zrzuci się na inne cele.
    Natomiast w czymś, co subiektywnie dla mnie byłoby państwem idealnym, byłbym przeciw dofinansowaniom. Dlatego, że byłoby to państwo minimum. Bez NFZ, bez ZUS, bez MOPS, bez 500+, bez podatku VAT i PIT. Z wojskiem i policją finansowanym z podatku obrotowego rzędu 1%.

  5. Bardzo się cieszę, że pod moim artykułem pokazały się przeciwne komentarze. Dzięki redakcji, za zamieszczenie artykułu- a teraz postaram się go trochę obronić.

    Pierwszy zarzut w pierwszym komentarzu HNN- trzymanie zarodków nie wiadomo przez jakiś czas. Ten okres jest jak najbardziej ustalony. Wszystko ma swoją datę przydatności- ludzkie życie też się kiedyś kończy, więc możliwość utrzymania zarodka teoretycznie- jest na zawsze- ale w praktyce trzeba go wykorzystać. Banki spermy- jest mi znane stanowisko Kościoła Katolickiego w tej sprawie- jak najbardziej. Właściwie w każdej sprawie jest mi znane stanowisko Kościoła- z powodu choćby tego, że sam jestem Katolikiem- jednak nagłośnienie i potępianie publiczne jest znacznie większe w stosunku do rodziców stosujących procedurę INVITRO niż do studentów którzy oddają nasienie żeby dorobić do stypendium socjalnego.
    Broń Boże nie szkaluję Kościoła Katolickiego którego jestem członkiem. To forma obrony wręcz Kościoła o przejrzystość zasad. Jeśli para posiadła dziecko z INVITRO- oczywistym jest w jakimś procencie, że posiada zamrożone zarodki- raczej w tym momencie nie powinna w pełni uczestniczyć we mszy świętej. Powód jest prosty- który w pierwszym komentarzu mi zarzucono. Jednak ja pytam taką parę- owszem uczestniczą we mszy świętej, przyjmują Komunię… czyli ksiądz im w sakramencie spowiedzi odpuścił. Co za tym idzie? Niejasność zasad. I tu Kościół Katolicki ma procedurę- są grzechy których ksiądz w parafii nie odpuści przy spowiedzi- można udać się wyżej i wyżej- kto komu i gdzie odpuszczał nie wiemy- ale jednak akt przyjęcia Komunii Świętej przez taką parę widziałem na własne oczy. To jest dokładnie problem z jakim się borykamy. Mamy ok 90% katolików w kraju z których do Kościoła uczęszcza 40%- reszta ma to gdzieś… ale tkwią w księgach parafialnych bo im się nie chce składać aktu apostazji- i tak naprawdę na wszelki wypadek, bo kiedyś gdzieś może będzie wypadało znów być katolikiem. To mam w nosie takich przyjaciół w wierze. Jeśli człowiek drze publicznie Biblię- to biskup właściwy jego miejscu zamieszkania powinien sprawdzić czy ten człowiek jest katolikiem- i jeśli jest- to elegancko powinien mu wysłać akt ekskomuniki pocztą do domu. Wtedy mamy kościół równych zasad. Bo te zasady- te nierówne zasady i wartościowanie mimo wszystko grzechów ciężki krytykuję- a nie stanowisko Kościoła Katolickiego które znam. Być może niejasno wyraziłem się w artykule.

    Komentarz drugi- Pani Aneto:
    ad1. Co dzieje się z zarodkami jest określone prawem. W przypadku Polski można rozmnożyć trzy zarodki, zaimplantować do ciała kobiety dwa. Jeśli pozostaje jeden- bo procedura się uda. Jeden pozostały- można zostawić sobie „na kolejne dziecko” lub…
    ad2. Można podarować komuś malutkiego człowieczka- a jak można podarować dużego- takie pięcioletniego z domu dziecka- który też nosi cudze geny mające cudzy wygląd, charakter… i też go ktoś nie potrzebował bo w końcu trafił niechciany do domu dziecka.
    ad3. Jeśli umierają zarodki czy jeszcze na szkiełku laboratoryjnym czy już w ciele kobiety. To radość jest wielka dla pary jeśli im się cokolwiek udało zachować zamrożone by jeszcze raz próbować. Odpowiadając na pytanie- wszystkie są już dziećmi.
    ad4. Często się zdarza, że dziecko jest poczęte z przygody lub niechciane- choć też wydaje się, że miłość była- choćby wakacyjna. Żeby przejść przez całą procedurę INVITRO- potrzeba tyle wyrzeczeń, bólu i cierpienia, że to „ja”, „ja”- przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. I tu tkwi problem- w życiu człowieka ważny jest sam człowiek. Dla kogo ma w takim razie żyć? Dla siebie i tego co kocha. Równie dobrze moglibyśmy zapytać po co himalaiści chodzą w góry? Co drugi ginie- osierocając rodzinę. Pokrótce nazywa się to wolnością wyboru.
    ad5. W odpowiedzi do prof. Chazana i Szpitala Świętej Rodziny- nie mam nic przeciwko- tylko poproszę zdjąć z drzwi kartkę o prawach funkcjonariusza publicznego lub dokleić kolejną o jego obowiązkach. Prawo jest prawem. Jeśli prawo zmienimy- nie ma problemu. Jeśli aborcja zostanie całkowicie zakazana- problem klauzuli sumienia sam się rozwiąże. Kobiety będą to robić (lub nie) gdzieś indziej. Jak również rodzice stosujący procedurę INVITRO też pojadą gdzieś indziej… i nie wrócą- bo będą znali konsekwencje powrotu. Stosujmy się do prawa- a jeśli jest złe- to je zmieńmy. Lub nie podpisujmy umów o pracę z pracodawcą- na których jesteśmy stratni- choćby tylko i aż tylko moralnie.
    ad6. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Ludzie rozchodzą się czasem z tak głupich powodów, że nawet papier by tego nie przyjął. Jednym z przewodnich celów małżeństwa jest posiadanie dzieci- dlatego się to nazywa małżeństwo i dlatego tak o to walczą osoby homoseksualne- by ich związki też były małżeńskie- wynika to z definicji. Rozmawiamy o czyimś szczęściu lub jego braku. Jeśli ktoś jest nieszczęśliwy w związku to po prostu jest i jeśli próg nieszczęścia zostanie przekroczony- to para się rozchodzi. Żaden sędzia w żadnym sądzie nie wartościuje- nie dam wam rozwodu, bo pani jest nieszczęśliwa, bo mąż mimo że panią bije- to lekko.

    Komentarz Krzy Pol:
    7 par które po udanym INVITRO- mają kolejne własne dzieci- poczęte naturalnie. Siedem par znam osobiście.
    Nie krzyczałem, że to dobrze, że INVITRO było dofinansowane- było ok, ale koniec końców jest gorzej.
    Wstaję o 5:30 rano, mam trochę obowiązków w domu- mam dwoje dzieci które muszę odwieźć do szkoły, zrobić z nimi lekcje po szkole, wysiedzieć swoje w pracy. Kiedy przyjeżdżam na parking pod firmę- już czeka na mnie człowiek- „daj pan zeta- bo się dziś nawalę” Faktycznie- jego alkoholizm nie jest fanaberią, jego narkomania jest przymusem, czy jedzenie- no nieee… jak ze wszystkim- zanim się zaczną kłopoty jest z tego jakby nie patrzył sporo przyjemności… i też chciałbym lecieć w kosmos- ale nie mam czasu- mam rodzinę, pracę, pasje… i nie mam czasu pić i ćpać. Mówiąc krótko- albo rybki albo pipki.

    Odpowiem jeszcze na dwa wątki które pojawiły się w kilku komentarzach. Pierwszy to refinansowanie. Przez lata- odkąd w Polsce INVITRO stawało się dostępne- taniało. Po prostu. Było coraz więcej ośrodków i nie są to ośrodki rozrodcze- jak się przyjęło już i jak widzę w komentarzach mówić. Zanim dojdzie do INVITRO- jest wiele metod wspomagania płodności które zanim para dojdzie do decyzji o sztucznym zapłodnieniu- udawało się wykorzystać inną metodę. Powstawało właśnie wiele klinik leczenia bezpłodności, które się po prostu rozwijały… i teraz odwrócę problem z prostego powodu. Wiele osób jest płodnych i ma dzieci „bo ma” wcale się nie starały, wiele osób dzieci nie chce… zostaje tylko mała cześć osób które nie może. Jednak każdy chce mieć wyrobione zdanie na ten temat. Dlatego odwrócę tok myślenia i sprowadzę go do poziomu z którym zetknął się absolutnie każdy.
    Polacy są ubezpieczeni i mają dostęp do darmowej służby zdrowia. Jeśli wywiniesz orła na ulicy- przyjedzie po Ciebie karetka i w szpitalu postawią Cię na nogi. Jeśli masz chore serce- wcześniej czy później jeśli nauka zna rozwiązanie- zoperują je i będziesz żyć. Jednak są gałęzie medycyny które nie ratują zdrowia- a jedynie poprawiają komfort życia. Czy można żyć bez zębów? Pewnie, że tak- można rozmiękczać chleb w wodzie- jeść tylko miękkie i się nie umrze- można żyć i to zupełnie dobrze. Tylko wstyd się pokazać na mieście, trudno znaleźć partnera, pracę i ludzie się odsuwają w windzie jak komuś wionie z ust zepsutymi zębami. To jest fakt. Można iść do dentysty na kasę chorych?- Można. Czas oczekiwania- spory. Jeśli kogoś boli ząb- trudno to oczekiwanie znieść. Materiały na kasę chorych- nie ma raczej wybrzydzania- są jakie są i tyle. Każdy więc wybiera z bankomatu parę stówek i w momencie kiedy ząb mu się urwał, skruszył lub normalnie boli- idzie prywatnie. 10 lat temu prywatny stomatolog, plombował jedynie zęby- na RTG zęba wysyłał do kogoś innego- bo sam aparatu nie posiadał. Żeby wkręcić implant- trzeba było zasuwać do dużej kliniki których było tylko kilka w Polsce i brały takie pieniądze, że stać było na to tylko gwiazdy telewizji. Dziś- całkowicie prywatna stomatologia wygląda zupełnie inaczej. Każdy większy gabinet wykonuje wszystko kompleksowo- prześwietlenie na miejscu, najnowsze aparaty do leczenia kanałowego- na miejscu, chirurgia szczękowa- na miejscu. Ortodoncja- na miejscu. Wkręcanie implantów- w każdym mieście na zawołanie. Państwo „olało” to gałąź medycyny- a ta na złość sama się rozwinęła. Dentyści się doszkolili- a mając sporo pacjentów którzy z „urzędu” mając trudność dostania się do państwowej placówki- lub wiedząc, że jej usługi są oparte na słabych materiałach tłumnie odwiedzają gabinety prywatne. Stomatolodzy mając gwarancje zarobku- zainwestowali w gabinety, szkolenia i znacznie poszerzyli własny zakres pracy… a co za tym idzie- gdyby mierzyć to miarą pieniędzy- 15 lat temu zrobienie sobie uśmiechu hollywodzkiej gwiazdy kosztowało- „dziesiąt tysięcy” dziś już tylko kilka tysięcy.
    To skopał minister Arłukowicz. Zwróćcie uwagę na fakt- można go sprawdzić w internecie. Nie ma klinik bezpłodności. Są kliniki niepłodności- wydawałoby się, że nie ma różnicy- ale to samo było z ginekologami. W większości kobiety korzystają z usług gabinetów prywatnych i ginekologia dzięki temu zrobiła olbrzymie postępy. Lekarze zaopatrzyli się w profesjonalny nowoczesny sprzęt… i upraszczając zaczęli kombinować- pracując z problemem niepłodności jaki narasta w Polsce. Nierefundowane przez nikogo leki stały się tańsze, zabiegi tańsze, procedury wykorzystywane przez większą ilość coraz szybciej doszkalających się specjalistów publikowane, upraszczane- zwykła naukowa burza mózgów.
    PO myśląc, że robi dobrze zrobiło tak: ogłosili przetarg dla ośrodków które „załapią się do programu”- te które się załapały- przestały pracować. Minister dał procedurę i jej się trzymają. Para stara się rok- nie idzie- INVITRO, reglamentowaną ilość ośrodków- napadły koncerny- ceny leków poszły w górę, ceny usług również- bo państwo ma na to pieniądze… i to w momencie kiedy przed programem ministerialnym zaczęło to tanieć.
    Mój apel był apelem by zostawić tych ludzi całkowicie w spokoju i zgodzie ze swoimi pieniędzmi i sumieniami i przede wszystkim prawem do wolności wyboru. Póki INVITRO jest legalne- to los zarodków obciąża ich właścicieli.

    Ostatni zarzut adopcja- nie mogę się odnieść do tego w zwykłym komentarzu. Powód jest bardzo prosty. Jestem z wykształcenia psychologiem- jeśli ktoś ma na tyle projekcji- by wiedzieć czym może się zajmować psycholog dziecięcy- to mi po prostu odpuści. Temat adopcji w Polsce- jest o wiele bardziej „drastyczny” niż temat sztucznego zapłodnienia.

    • Cieszę się, że wierzysz w Chrystusa. Natomiast, nie zgadzam się z twierdzeniem, że podważanie stanowiska Kościoła i jego zaciemnianie (vide niepełne informacje dotyczące doktryny) służy Kościołowi. Kościół o grzechach mówi w ten sam sposób, jak ktoś chce być wiernym Chrystusa powinien się orientować, co jest Bogu miłe (akurat o masturbacji to jest już w Starym Testamencie). Jasne, że o in-vitro jest głośniej, bo masturbacji, mimo wszystko nie przedstawia się jako lekarstwa, nie żąda się też dopłat do niej. Jednak nauka Kościoła jest jedna i jest jasna. Tak samo, nie słyszałem dawno, aby ktoś z Kościoła mówił o przekraczaniu przykazań Bożych na drodze, a każde wymuszenie, każda kolizja, wypadek, każde agresja na drodze, to także grzech. Czy więc od jutra w kościołach należy mówić tylko o tego typu grzechach? No nie. Trzeba też pamiętać, że nauka Kościoła to nie jest wypowiedź jednego księdza, czy drugiego, tylko to są oficjalne dokumenty, Biblia, Tradycja. Tak więc wywiad jednego, czy drugiego księdza na dany temat, nie oznacza, iż Kościół oficjalnie zajmuje się tylko tym jednym tematem. To byłby nonsens.

      Aby przyjąć bez świętokradztwa Najświętszy Sakrament, należy nie mieć na sumieniu ciężkiego grzechu. Grzech ciężki można wymazać ważną spowiedzią lub żalem doskonałym (w warunkach skrajnych). Spowiedź jest ważna tylko, jeśli spełnione są jej warunki, między innymi jest szczera, jest żal za grzechy, jest postanowienie poprawy. To, że ktoś przyjmuje Eucharystię, wynika z jego decyzji, zdarzają się więc przypadki przyjęcia Komunii Św. będąc w grzechu ciężkim, jest to kolejny grzech ciężki. Wystarczy szczerze żałować takiego czynu, postanowić więcej tak nie robić i udać się do konfesjonału. Moim zdaniem, posiadanie dziecka poczętego z in-vitro nie stanowi grzechu ciągłego. To tak jakby twierdzić, że rodzice dziecka poczęto bez ślubu nie mogą przyjmować Ciała Chrystusa. Jest czyn zły, ale on się kończy. Jego skutki trwają dalej, niektóre wyjdą dużo później, pewne odczują tylko inni, niewinni ludzie, ale nie jest warunkiem odpuszczenia grzechu, zakończenie trwania jego skutków.

      Fakt, że zarodki są zamrożone i kiedyś zostaną poddane zgładzeniu, tylko potwierdza stanowisko Kościoła i czyni sprawę smutniejszą. Jednak raz uzyskanych i zamrożonych zarodków nie da się „cofnąć”. Co w takim przypadku zrobić, jak ratować sprawę, nie wiem, to już na tyle głęboki problem wynikły z tego grzechu, że nie wiem. Sprawa jest prosta, jakby nie było in-vitro u danej pary (należącej do Kościoła), nie byłoby potem dramatu pt. „jak ratować życie?”. Nie istnieje żadne wartościowanie grzechów ciężkich, właściwie nauka płynąca z Biblii jest jasna: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.” (Rz 6,13) Całe to rozważanie nie umniejsza oczywiście tragedii tych rodzin, które poczęły dziecko metodą in-vitro, a chcą zachować wierność naukom płynącym z Biblii i do nich trzeba wyjść, a nie je atakować. Kto zaś nie chce przyjąć nauki Kościoła, nie przyjmuje Chrystusa, nie da się trochę być rycerzem Chrystusa, a trochę stać po stronie grzechu.

  6. Hym. Każda decyzja jaka wychodzi spod ręki ustawodawcy wiąże się z… pieniędzmi. Powiem tak : co bym zrobił, jak bym się zachował gdybym mógł postawić się na miejscu drugiej osoby? Czego bym się obawiał będąc w strukturach kościoła katolickiego? Utraty autorytetu wiary. In vitro skupia na sobie jeden bardzo ciekawy dogmat – dziewictwo Maryji. Skoro człowiek dzisiaj może zapłodnić dziewice to dlaczego nie umiałby tego wcześniej? Powiecie, że w starożytności tego nie czyniono. No tak, to był jeden jedyny znany przypadek tamtych czasów. Serio? Poczytajcie mitologie egipską. A skoro jesteśmy przy Egipcjanach to czy rozwiązano już problem budowy piramid? Nie chcę schodzić z tematu. Zwracam jedyni uwagę, że dzisiejsza medycyna „obniża” rangę Maryji dziewicy – Jej wyjątkowość.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here