Nasze polskie (nie)dobre kino.

2
1859

Czepię się dziś polskiej kinematografii, a powinniśmy sobie jasno powiedzieć, że jest się czego czepiać. Polscy reżyserzy potrafią kręcić dobre filmy – mało tego – mają do dyspozycji w większości dobrych aktorów, którzy jeszcze nie są tak bardzo oplątani chirurgią plastyczną i wciąż potrafią zagrać coś twarzą – w przeciwieństwie do ich hollywodzkich kolegów, którzy na siłę starają się zachować młodość.

Patenty na polską kinematografię były zawsze trzy: Sięganie do prozy doskonałych pisarzy, co przez całe twórcze życie robił Andrzej Wajda – a tak naprawdę ekranizował lektury, które zapewniały mu przez następne lata wypełnione sale kinowe. Drugi pomysł na film, który sprzeda się w naszym kraju to – tak jak wszędzie – komedia – najczęściej romantyczna. Tak samo trzeci pomysł – sensacja.

Polscy filmowcy bronią się tym, że ich sztuka jest ambitna – kino niepokoju, kino moralne – a tak naprawdę jest to amatorskie kino niszowe. Dlaczego? Dlatego, że z jednej strony widz polski uwielbia polskie tasiemce – bo lubi szare życie zwykłych bohaterów których utożsamia ze sobą – okraszone jedynie tym, że w serialach ludzie mieszkają w pięknych domach, jeżdżą świetnymi samochodami i przez to fajnie się z nimi identyfikować – bo mimo wszystko borykają się z życiem tak samo jak widz. Czyli wszystko obija się o budżet? Tak. Piękne wnętrza można wynająć mimo wszystko za niewielkie pieniądze, dobry samochód również i wszystko to po dniu zdjęciowym wraca do właściciela.

Gdybyśmy wzięli na warsztat amerykański średni film sensacyjny klasy „b” który nigdy nie będzie nominowany do Oscara – ale ma zarobić i widz ma siedzieć wmurowany w fotel – najpierw w kinie – a potem przez długie lata na serwisach streamowych, na VOD i w końcu w telewizji – to mamy olbrzymią różnicę. Jedną jedyną – a bardzo ważną – są pieniądze. Nikt w produkcjach sensacyjnych nie oszczędza na pieniądzach. W ostatnim filmie z Jasonem Stathamem – gwiazdą amerykańskiej sensacji – naliczyłem 25 zmarnowanych samochodów. Nawet jeśli były to tylko odpacykowane skorupy – to jednak ktoś je musiał odpacykować, ktoś musiał zapłacić za zamknięcie kilku ulic i mostów, żeby rozbicie tych skorup sfilmować i w końcu ktoś musiał zapłacić by przy komputerze specjaliści od efektów specjalnych zrobili z tego majstersztyk – a dym i płomienie sięgały nieba.

Jak to wygląda w polskich filmach? Nijak. Od dealera samochodów producent filmu otrzymuje super auto – mamy popularne lokowanie produktu… i jeśli to auto według scenariusza ma zostać rozbite – to zaczynają się kombinacje, których jeśli widz nie jest czuły – to nie zauważy. Począwszy od zmian w scenariuszu – główny bohater przez czterdzieści minut filmu jeździ nowiutkim wozem i na minutę przed tym jak samochód musi zostać zniszczony – kolejno: nie odpala, nie ma kluczyków bo zabrała żona, lub ktoś w nocy ukradł koła – możliwości jest sporo – i w całej tej nagle przyspieszającej akcji widz nawet nie zauważa, że bohater przesiadł się do starego czółna z 1996 roku które niszczy o latarnię. Drugim pomysłem polskich scenarzystów jest pokazywanie kraksy z wewnątrz samochodu – a potem odpowiednie go ustawienie by wyglądał na ładnie zniszczony – delikatne zbicie szyby, no i koniecznie snujący się dym spod maski. Trzeci sposób jest bardzo podobny do drugiego i o tyle sprytniejszy, że w ogóle nie pokazują katastrofy – tylko o niej mówią w dialogach – a koniec końców widz widzi – wyciągany wóz z jeziora – właściwie cały oblepiony glonami, lub kupę popalonych blach najczęściej jeszcze płonących na dnie jakiegoś kanału. Równie tanie jest zdetonowanie statycznie stojącego pojazdu – czyli popularne podłożenie bomby na parkingu.

Widz idzie do kina, lub siada przed komputerem czy telewizorem i wybiera film. Jeśli ma to być film sensacyjny – to chce, żeby Jason Statham w ostatniej chwili wyskoczył z najnowszego Audi – a to Audi ma szybować w powietrzu 15 metrów, wylądować na mercedesie, podpalić go i razem z nim sunąć bokiem kolejne 30 metrów niszcząc po drodze wszystko. Nikt nie zastanawia się czy to możliwe – tylko cała sala kinowa siedzi, wcina popcorn i jest wmurowana w fotele.

Polski film o którym warto wspomnieć – bo to ewenement i perła która kompletnie nie pasuje do konwencji – to Pitbull Patryka Vegi. Ten film w sposób rewelacyjny pociągnęli aktorzy – Grabowski jako Goebbels, Marcin Dorociński – najlepszy aktor młodego pokolenia, Janusz Gajos – to oni stworzyli taki świat gdzie nawet scenariusz i wątek przewodni schodziły na drugi plan – ale to tylko dowód na to, że mamy doskonałych aktorów – którzy swoją grą potrafią wyrzucić scenarzystów z filmu i pewnie reżysera również.

Bo czy mamy gorszych scenarzystów w Polsce niż w USA? Czy mają mniej fantazji? Mniej weny twórczej? Z pewnością nie. Ograniczają ich tylko portfele producentów. Jak więc wyglądają polskie filmy i proces pisania scenopisu? Do tego z pewnością nieodzowny jest internet. Polski scenarzysta robi sobie kawę i od ósmej rano zwiedza – zwiedza wszystkie portale na których ludzie piszą, wyznają, przyznają się do rzeczy osobistych, wstydliwych a często będących na pograniczu prawa choć częściej dobrego smaku. Potem zwiedza kolejne strony z dowcipami z życia wziętymi. I kiedy już to wszystko pospisuje – ma sto gotowych scen które teraz musi poupychać w usta bohaterów – by wyszły mocne dialogi – mocne to znaczy śmieszne, zaczepne, często ordynarne – a ich zadaniem jest to by zapaść w pamięć widzowi. Jeśli widz wyniesie z polskiego kina coś takiego – to odruchowo traktuje ten film jako dobry. Nie zapominajmy, że słowo tak często używane dzisiaj „spoko” – narodziło się u Machulskiego w Kingsajzie,  a „szon” od k…szona – właśnie u Patryka Vegi w „Niebezpiecznych Kobietach” – takich przykładów całych nawet sprawnych „odzywek” które dziś funkcjonują w życiu polaków i którymi możemy ładnie operować by komuś słownie dokopać jest mnóstwo. Mamy więc stworzony film na papierze – jeden dowcip – jeden pokój, jedna śmieszna sytuacja – kolejny pokój. Z tych pojedynczych pokoi składają polscy scenarzyści dom – jakim ma być film. Tylko zapominają, że tam musi być wejście i wyjście – a wnętrze musi zaskakiwać i być funkcjonalne. Zazwyczaj nie jest – bo te pokoje są malutkie i do siebie nie przystają. Powstają więc filmy z krótkimi ujęciami i zapakowanymi wieloma niepotrzebnymi wątkami – które tylko mają zrobić film śmieszniejszy, bardziej do zapamiętania – a treści i jakiejś ciągłości, nie mówiąc już o zwrotach akcji – po prostu brak.

Polskie filmy nie zaskakują niczym, bo niczym dziś nie można zaskoczyć widza – niczym co nic nie kosztuje. Dobrze zrobiony film sensacyjny nawet z marnym i oklepanym scenariuszem kosztuje masę pieniędzy. Jeśli przeciętny film trwa półtora godziny – to polski film w godzinie jest przegadany przykuwającymi raczej ucho niż oko – a nie po to się chodzi do kina – dialogami – i przez ostatnie dziesięć lat przebitkami z panoramą Warszawy i koniecznie Mostem Świętokrzyskim jakby był jakimś cudem architektury światowej. Paradoksalnie – amerykanie jako „zapchaj dziurę” w swoich filmach sensacyjnych – stosują ponad miarę coraz więcej mordobić i wielkich spektakularnych kraks – bo mają aktorów po prostu miernych. Przecież kiedy Angelina Jolie płacze, to gdyby nie łzy, które strugami leją się po policzkach, nikt by się nie domyśli, że jest choćby smutna. Nie da się zagrać smutku – technicznie po prostu się nie da – kiedy aktor ma usztywnione botoksem mięśnie twarzy i sztywne od wstrzykniętego kolagenu usta. Co kraj to obyczaj – jednak nieruchoma maska Angeliny lepiej się sprzedaje na świecie niż naturalna Olga Bołądź.

Jakie filmy wychodzą Polakom? Zawsze i wszędzie są doceniane polskie filmy o holocauście. Jest mnóstwo produkcji o losach narodu żydowskiego – ale polskie filmy zawsze odbijają się szerokim echem. Dlaczego? Przecież nie ma tam kraks, mega wybuchów, nie ma również meteorów niszczących miasto. Jednak są równie kosztowne ze względu na scenografię i zmieniające się miasta, stroje z epoki i wiele innych drobnych i niewidocznych na pierwszy rzut oka elementów – zawsze są świetnie dotowane i nikt nie musi oszczędzać na tym, by widza po prostu oszukać.

Potrafimy robić dobre filmy, mamy nawet sporo ludzi, którzy pracują u mistrzów. Wystarczy zrobić to czego nie robi nikt – przeczytać napisy w byle jakiej produkcji amerykańskiej. Jest mnóstwo nazwisk polskich, lub polsko brzmiących – to nie nazwiska aktorów, ale ekipy technicznej, bo ktoś kto potrafi szyć kostiumy, ktoś kto potrafi ustawić światło, ktoś kto chce być w swojej dziedzinie najlepszy, chce pracować u najlepszych, więc wyjeżdża – najczęściej za ocean. Widzowie na świecie stają się wybredni bo widzieli już wszystko – my nie mamy wyboru więc cieszymy się z tego co mamy. Na szczęście też – zalew amerykańskich filmów o ile powoli się nie kończy – to ginie w zalewie świetnych produkcji z innych krajów. Kino rosyjskie jest na przyzwoitym poziomie, Koreańczycy zaczęli kręcić bardzo przyzwoite filmy. O ile jeszcze kilka lat temu amerykanie szybko kradli te autorskie pomysły i kręcili sequele – robiąc je wiele łatwiejszymi w odbiorze dla większej części świata – teraz już to nie działa, bo coraz więcej producentów filmowych zorientowało się, że jest jeden dobry patent na super film – widza nie wolno oszukiwać.

Zobacz też – kliknij tu lub w obrazek

========================================================

Niniejszy artykuł stanowi twórczość czytelnika. Redakcja w imię pluralizmu i obiektywizmu publikuje treści czytelników niezależnie od tego czy się z nimi zgadza czy nie, a ocenę pozostawia czytającym.

========================================================

2 KOMENTARZE

  1. Fenomenalny artykuł. Trafna ocena i świetna argumentacja, po prostu miodek. Onet, czy inna Interia z pewnością by się takiego kawału dobrej, merytorycznej roboty nie powstydziły.

  2. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

    Film made in USA ma z miejsca 300mln potencjalnych widzów, u nas około 35 mln. Dodatkowo filmy ze Stanów rozprowadzają się po świecie jak świeże bułeczki, a nasze produkcje rzadko kiedy. Jedni nie są zainteresowani, bo bariera językowa, bo lektor to nie to samo, bo nie znają producenta/wytwórni, więc jak nie wiadomo czy się sprzeda, to szkoda inwestować w dubbing, bo napisy zniechęcą ludzi lub, po prostu, bo my robimy w Hollywood tyle filmów sensacyjnych, że po co nam kupować coś mało znanego z zza granicy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here