O problemach uczelni wyższych oczami studenta

5
279
źródło: balujemy.eostroleka.pl

Wiele się mówi o masowości kształcenia na uczelniach wyższych. Argumenty podawane przez zwolenników tego zjawiska to najczęściej wyższy poziom świadomości społecznej, możliwość rozwoju dla każdego. Przeciwnicy mówią o obniżeniu jakości kształcenia, negatywnych zmianach na rynku pracy, niezadowoleniu absolwentów z ich zarobków. Chciałabym przedstawić to zjawisko oczami studentki jednej z Politechnik. Mój kierunek to Technologia Chemiczna, czyli po prostu wykorzystywanie chemii w procesach produkcyjnych. Nie chcę podawać nazwy mojej uczelni, powiem tylko, że niestety jest to przeciętny wydział, a przez warunki materialne była to dla mnie jedyna opcja.

Mimo tego, że uczelnia w rankingach nie góruje to jest bardzo ciężko się utrzymać, liczba zaliczeń jest ogromna, a człowiek, który chce dokładnie się przygotować do wszystkiego po prostu musi bardzo dużo pracować. I to jest zupełnie normalne i tak powinno być. Pierwszym problemem są sami wykładowcy i ćwiczeniowcy, którzy bardzo często kompletnie niczego nie uczą, a bardzo często wymagają rzeczy, których nawet nie ma w książkach, z których zalecają się uczyć. To jeszcze dałoby się przeżyć, ale stosunek do studenta jest okropny. Wyzywanie od debili, idiotów, którzy nie mają i tak szans zdać. I faktycznie wiele osób nie zdaje. Podczas jednego roku były dwie sytuacje, gdzie decydujące o dopuszczeniu do egzaminu kolokwium zdawało mniej niż 5% studentów. Z lenistwa? Nie. Z głupoty? Na pewno część. Jednak głównym powodem jest dawanie zadań na zaliczenia z rzeczy, których kompletnie nie było. A tak na pewno nie powinno być. Po co się to robi? Żeby masowo wyrzucać studentów słabych i masowo płacić za warunki. Masowo płacą za warunki również studenci, którzy z wszystkich innych przedmiotów bardzo dużo umieją, dużo się uczą. I teraz bardzo ważny komentarz. Ci, którzy mieli podobną sytuację zrozumieją. Ci, którzy nie mieli, mogą myśleć, że to sfrustrowane gadanie głupiej studentki. Otóż zapewniam Was, że nie. Chciałabym tylko żebyście pomyśleli dlaczego tacy ludzie uczą? To samo jest w szkołach. Są nauczyciele fatalni, wymagający, a nie uczący. Dlaczego nauczyciel czy wykładowca, który nie spełnia swojego zadania jest utrzymywany? Nie wiem, ale tak nie powinno być. Przy tej całej dyskusji o tym, że wyższe wykształcenie może mieć każdy znowu nie mówi się, że wśród grona pedagogicznego też trzeba zrobić porządek. I że winę w produkcji słabych studentów też ponoszą wykładowcy.

Teraz widok z drugiej strony, czyli o tym jak idiotycznie zachowują się studenci.
Czasem patrząc na moich rówieśników zastanawiam się po co oni studiują. Na wykłady nie chodzą, jak jest słabszy wykład czasem nie warto chodzić, ale to w tym momencie samemu bierze się książki i studiuje, ale od czasu do czasu może warto jednak się pojawić, żeby wiedzieć co się dzieje i czy ucząc się samemu nie odbiega się za bardzo od wymaganego materiału. Książki taki nigdy żadnej nie otworzył, bo po co? Przecież z notatek innych może się czegoś nauczy. Na zaliczeniu czy na egzaminie ściągnie. I oszukuje samego siebie, że to co robi ma jakiś sens. W tym roku zawitało w mojej grupie kilka osób powtarzających rok zachowujących się wręcz jak socjaliści. Autentycznie mieli pretensje, że nikt nie chce wieczór przed kolokwium rozwiązać im wszystkich zadań, z których coś mogło się trafić. Jeszcze argumentowali to tak, że studia to praca grupowa i dlatego jesteśmy dzieleni na grupy ćwiczeniowe. Rozumiem iść po pomoc do znajomego, ale oni nawet z nami nie rozmawiali, chyba, że akurat coś chcieli.
Najgorsze jest, że tacy ludzie potem obsmarowują dobrych wykładowców, którzy się starają, chcą prowadzić dyskusje, a na co dzień wymagają jedynie tego, żeby być na bieżąco i mówić jak studenci nie rozumieją. I tacy ludzie też kończą te studia, jakoś się prześlizgną, za którymś podejściem się im uda. Ale nie wiedzą kompletnie nic. Nawet nie chcą wiedzieć. Po co społeczeństwo ma płacić zarówno na słabych studentów, jak i słabych wykładowców. Czy da się jakoś sensownie zrobić z tym porządek? Raczej nie. Może jedynie nie tolerować takiej pazerności w swoim otoczeniu i nie dawać im cichego przyzwolenia.

Zapraszam Was do dyskusji, dzielcie się swoimi historiami, przemyśleniami. Może przez mówienie o takich rzeczach skłonimy kogoś do refleksji, może ktoś wymyśli jak ulepszyć ten nasz mały świat.

========================================================

Niniejszy materiał stanowi twórczość czytelnika. Redakcja w imię pluralizmu i obiektywizmu publikuje treści czytelników niezależnie od tego czy się z nimi zgadza czy nie, a ocenę pozostawia czytającym.

========================================================

5 KOMENTARZE

  1. Dzięki za ciekawy artykuł. Całkowicie rozumiem to, co Ciebie na uczelniach frustruje. Ja sama nie mam doświadczenia na polskim uniwersytecie, ale za to mogę powiedzieć jak to wygląda w Niemczech- z mojego doświadczenia przynajmniej.
    Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się tutaj w oczy, jest pewność siebie niemieckich studentów. Można odnieść wrażenie, że wiedzą i potrafią już wszystko, poza tym chętnie zwracają uwagę profesorom, w jaki sposób mają odbywać się zajęcia. Prowadzący biorą to pod uwagę i zmieniają się. A sami profesorowie traktują studentów często (oczywiście, nigdy nie można powiedzieć zawsze) jako równe sobie osoby, jak dorosłych ludzi, którzy dobrowolnie tutaj są, a nie z przymusu. Później jednak okazuje się, że wiedza niemieckich studentów jest udawana i tak naprawdę często są to właśnie osoby, które kombinują, narzekają na nadmiar nauki (np. kiedy musieliśmy na zajęcia przeczytać jakiś fragment książki, wszyscy zgodnie powiedzieli profesorowi, że to było za dużo, nie mieli czasu tego przeczytać i profesor podziękował za krytykę i obiecał, że następnym razem wybierze krótszy tekst!).
    Także z jednej strony podoba mi się to, że studenci nie są traktowani jak uczniowie w szkole, bo przecież my tu jesteśmy dobrowolnie, i fajnie że możemy bez problemu krytykować to, w jaki sposób odbywają się zajęcia i mieć wpływ na kadrę. Z drugiej jednak strony zanika autorytet profesorów, i motywacja do tego, by podejmować wyzwania i zarwać noc na naukę, bo przecież można po prostu powiedzieć, że to wina profesora, który oczekuje niemożliwego.

  2. Moim zdaniem problem jest w dużej mierze po stronie ilości studentów, ponieważ ilość prawie zawsze obniża jakość. Kiedyś na studia szły umysły bystre, które chciały się kształcić, a nie przedłużać dzieciństwo o x lat, zapijac się w barach i dyskotekach, oczywiście zdazali się i tacy, lub Ci, którzy spelniali ambicje bogatych rodziców, ale większości to byli ludzie, którzy pretendowali do inteligencji krajowej i elity szeroko pojętej. Teraz powiedzieć, że masz magistra to nic wielkiego, coś jak matura… Do tego doszło, a jak naprawić? Na pewno potrzeba długoletniego procesu, bo w umysłach ludzi studia zajęły miejsce pewnego naturalnego mussu. Znam chłopaka, który ledwo zdał 2 klasę gimazjum, a na EG z matematyki nwm czy osiągnął 20%, ale o studiach myśli i to dość poważnie…

  3. Wypowiadam się jako wykładowca na tego typu (może nawet tej samej 😉 ) uczelni.

    Z jednej strony należy mieć świadomość o zmianie przepisów w finansowaniu studiów – obecnie każdy wydział dostaje pewną ilość pieniędzy (bardzo długi wzór), w którym między innymi jest pewien mnożnik „karzący”. Jeśli przypada więcej niż 13 studentów na nauczyciela akademickiego, to mnożnik wynosi 0.7, a jeśli przypada mniej niż 13 studentów na nauczyciela, to mnożnik wynosi 1.0. Jednocześnie ustawa uniemożliwia „nagłego” ograniczenia przyjmowanej liczby studentów, w związku z czym rozwiązaniem, aby jak najszybciej zejść poniżej magiczny próg „13” (u mnie na wydziale jest 18, a na sąsiednim ponad 20…) jest po prostu pogorszenie zdawalności…

    To jeden aspekt. Drugi może wynikać z kwestii historycznych i wieku wykładowcy, szczególnie jeśli należy do starszego pokolenia. Dawniej zajęcia służyły tylko i wyłącznie zaznaczeniu pewnych problemów, wskazaniu ewentualnej literatury, a studenci sami musieli wyszukiwać informacji, uczyć się, tworzyć notatki, a dopiero łącząc informacje z zajęć i z całej gamy źródeł (gdzie bibliografia podręcznika była równie istotna co sam podręcznik podany na zajęciach) można było uzyskać odpowiednią wiedzę do zdania…

    No ale przy takim porównywaniu „kiedyś a dzisiaj” trzeba zwrócić uwagę na kolejny aspekt, czyli powszechność studiów – dawniej studiowało mniej niż 10% najzdolniejszych ludzi. Dzisiaj… już ponad 40% społeczeństwa ma „wykształcenie wyższe”, przez co kompletnie nic to nie znaczy :/ A skoro tak, to pewnie gdzieś 60-80% osób kończących szkołę średnią idzie na studia i je kończy… Po co? Żeby móc całkować ketchup po wydawanych hamburgerach?

    O podejściu studentów nie piszę, bo za dawno nim byłem, abym mógł się na ten temat wypowiadać 😉

    No i takie dwie anegdotki – pierwsza autentyczna, dla studentów studiów technicznych, druga (dla każdego) to po prostu żart, ale z brodą, bo przestał być autentyczny:

    1) Swego czasu, gdy już kończyliśmy (chyba 4-5 rok) kolega usłyszał jak jakaś dziewczyna (sądząc po treści wypowiedzi: początek pierwszego roku) żali się koleżankom „No tych pochodnych to ja nigdy nie zrozumiem…” i rzuciła zeszytem o stół… 🙂

    2) „Studia, ach studia, tak pamiętam, dziewczyny, alkohol, imprezy… Najlepsze pół roku mojego życia”

    • Porównywanie kiedyś i dziś ma sens jeśli weźmie się po uwagę jak zmienił się świat. przedstawię swoją opinię na ten temat z punktu widzenia studenta budownictwa:
      1) kiedyś rzeczywiście do każdego przedmiotu trzeba było zapoznać się z obszerną literaturą. teraz jednak zupełnie nie ma na to czasu. można powiedzieć że to sprawa jego efektywnym zarządzaniem, ale nie tylko o to chodzi. Jak ujął to mój profesor od mechaniki teoretycznej: Kiedyś miałem na ten przedmiot semestry, ale kiedy weszły do codziennego użycia komputery, zredukowano liczbę semestrów do 1, a materiał i tak potrzebny jest wam ten sam. z zabranych godzin macie informatykę. (czyli „stary” materiał mamy opanować w 3x krótszym czasie, a w międzyczasie zająć się „nowym”).

      Na marginesie mówiąc rozumiem, że poznanie teorii umożliwi rozpoznanie błędnego wyniku jaki może dać program, ale z 2-giej strony praktycznie nikt nie liczy już bardziej skomplikowanej belki, stropu itp. ręcznie! Dlatego uważam, że na PW powinni uczyć obsługi specjalistycznych programów, tylko nie zwiększając już przeładowany program, więc pytanie brzmi kosztem czego?
      2) mam znajomych studiujących mój kierunek na różnych uczelniach w Polsce i na świecie. z ich opowiadań wywnioskować mogę 2 rzeczy: 1-sza każda uczelnia kładzie nacisk na inne rzeczy: np w Warszawie ujmując z grubsza PW stawia na teorię konstrukcji, WAT na posługiwanie się programami, SGGW na kwestie związane z podłożem. 2-ga na zachodzie przyjmuje się, że każdy fachowiec jest od swojej dziedziny, nie od wszystkiego. np: koleżanka, która przerwała studia i rozpoczęła je na nowo w jednej ze stolic zachodniej Europy opowiadała mi, że na geodezji na nowej uczelni (którą zdała na PW) miała materiał wystarczający do umożliwienia precyzyjnego komunikowania jakich informacji potrzeba od geodety przy danej realizacji, a nie jak na PW jak nazywają się i jak obsługuje się przyrządy, czy jak się nimi posługiwać. Pytam się po co?
      3) studenci studiów inżynierskich muszą między nauką wykonać również, nieraz czasochłonne projekty
      4) jeśli program jest tak bezsensownie przeładowany(punkt 1 i 2 to tylko pojedyncze przykłady), nic dziwnego, że ogół studentów oczekuje przekazania praktycznych i najistotniejszych informacji, że podręcznik ma wystarczyć a inne podejście uważa, za wykonywane wyłącznie w celu utrudnienia im życia(delikatnie rzec ujmując).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here